
Historia się nie kończy – demokracja, owszem
W roku 1989 Francis Fukuyama ogłosił wszem wobec koniec historii – pod wrażeniem rozpadu bloku sowieckiego. Mógł mylić się zwiedziony chwilą – jak śpiewał Jacek Kaczmarski – a jeden błąd popełnił na pewno, mianowicie zapomniał o swym dezyderacie poinformować samej historii, która nieświadoma intencji politologa z Cornell i Harvardu wciąż trwała sobie w najlepsze. I dalej będzie trwała niepomna, iż – zdaniem Fukuyamy i jemu podobnych – rzekomo wyczerpały się projekty ustrojowe, całkowicie oddając pole liberalnej demokracji, która będzie odtąd panować constans do plus nieskończoności. Albowiem historia to – parafrazując nieco Norwidowskie spostrzeżenie – dziś, tylko cokolwiek dalej. A uznawanie liberdemokracji za najdoskonalszy z możliwych do urzeczywistnienia systemów politycznych jest zbyt naiwne, by mogło być szczere. Bo też w istocie to nic innego jak chytry plan szakali wobec osłów –











