Wstępując w roku 2004 do Unii Europejskiej, Polska miała nadzieję na dołączenie do świata zachodniego i szybszy rozwój gospodarczy. Okazało się, że cena za te korzyści była wysoka – Rzeczpospolita pozbyła się własnej suwerenności. Decyzje, które kiedyś należały wyłącznie do polskiego rządu i parlamentu, dziś zależą od instytucji unijnych, a ich wpływ na życie obywateli jest coraz większy.
Niezbyt długo nacieszyliśmy się niepodległością, o którą walczyli nasi dziadowie przez ostatnie dwieście pięćdziesiąt lat. Oddaliśmy ją Brukseli. To Unia niemal w całości decyduje o kształcie polskiego prawa. Unijne rozporządzenia w krajach członkowskich są stosowane bezpośrednio, a wszystkie unijne dyrektywy musimy wdrażać do naszego systemu prawnego. Jednocześnie polskie ustawy nie mogą być sprzeczne z prawem unijnym. W przeciwnym razie grożą nam polityczne naciski eurokratów: Komisji Europejskiej i innych unijnych instytucji. Kolejny etap to wielomilionowe kary finansowe, jakie na nasz kraj już wielokrotnie nakładał Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Tak było w przypadku sporu o ustrój wymiaru sprawiedliwości (Polska zapłaciła karę w wysokości 320 mln euro) czy też sporu o Turów (kara wyniosła prawie 70 mln euro).
Nie na tym polega suwerenność. Kto to widział, żeby niepodległe państwo zgadzało się na płacenie komukolwiek kar finansowych? Nie licząc reparacji wojennych, no ale my podobno żadnej wojny nie przegraliśmy ani w 1989, ani 2004 roku.
Prymat Brukseli
Okazuje się, że w kwestii na przykład polityki klimatycznej większą niezależność mają teoretycznie nieniepodległe amerykańskie stany niż kraje członkowskie Unii Europejskiej. W USA o takich sprawach jak handel emisjami dwutlenku węgla czy ESG decyduje się na poziomie stanowym, a nie federalnym. W Unii Europejskiej decyduje o tym Bruksela.
Żeby chociaż to brukselskie rządzenie było mądre i z korzyścią dla wszystkich mieszkańców krajów członkowskich. Niestety w Unii Europejskiej proces legislacyjny jest zdominowany przez lobbystów działających na rzecz interesów różnych sił wewnętrznych, ale i zewnętrznych. Wypadkowa ich sił decyduje, jaka regulacja wejdzie w życia, a jaka nie.
Projekt, który miał być ponadnarodowym mechanizmem współpracy, stał się narzędziem w rękach najsilniejszych państw, służącym do promowania ich korporacji pod przykrywką wspólnotowych regulacji. Co więcej – sama integracja zaczęła generować biurokratyzację i przeregulowanie, które stały się nie tylko uciążliwością dla obywateli i firm, ale też wygodnym narzędziem dla grup interesu potrafiących przejąć kontrolę nad procesem legislacyjnym – pisze Cezary Bachański w raporcie WEI zatytułowanym Prawo dla najsilniejszych. Założenia a praktyka legislacyjna Unii Europejskiej.
Dlatego o lobbowaniu na korzyść Polski możemy zapomnieć. Niestety unijne regulacje mają coraz mniej wspólnego z wolnym rynkiem, który jest przecież optymalnym rozwiązaniem z punktu widzenia przyrostu bogactwa. W Unii mamy do czynienia z głęboką ingerencją w gospodarkę. To Wspólna Polityka Rolna, fundusze dotacyjne, normy regulacyjne, strategie, perspektywy finansowe, tak zwany Fundusz Odbudowy, Zielony Ład i tak dalej. Nie na tym polega rynek. Tak wygląda interwencjonizm państwowy i centralne planowanie.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen stwierdziła, że prawo unijne ma prymat w stosunku do prawa krajowego, w tym także do przepisów konstytucyjnych. Dodała też, że wszystkie państwa członkowskie to zaakceptowały. Użyjemy wszystkich mocy traktatowych, aby to zapewnić. Problem w tym, że – jak wskazuje profesor Genowefa Grabowska, była europoseł, była szefowa Katedry Prawa Międzynarodowego i Prawa Europejskiego na Uniwersytecie Śląskim – zasady pierwszeństwa prawa UE wobec konstytucji nie ma w unijnych traktatach. Na dodatek, w artykule 8.1 polskiej konstytucji czytamy, że Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej.
Mimo to w 2023 roku Sąd Najwyższy orzekł, że w razie stwierdzenia sprzeczności między przepisem prawa krajowego a przepisem prawa UE, rolą sądu krajowego jest w pierwszej kolejności podjęcie próby prounijnej wykładni przepisu prawa krajowego. (…) Jeśli natomiast sąd krajowy nie może zinterpretować przepisu prawa krajowego w sposób zgodny z prawem UE (…) należy rozważyć kwestię odmowy zastosowania przepisu prawa krajowego.
Z kolei profesor Jerzy Kranz, były dyrektor departamentu prawnego i były podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, stwierdził, że nadrzędność konstytucji jest zasadą prawa krajowego – i tylko tego prawa (na przykład w odniesieniu do ustaw lub rozporządzeń). W relacjach międzynarodowych i w prawie międzynarodowym taka zasada nie istnieje i nie obowiązuje – nie są tego w stanie zmienić krajowe parlamenty lub sądy konstytucyjne. Państwa ani ich konstytucje nie mają władzy nadrzędnej nad innymi państwami lub organizacjami międzynarodowymi.
Pełzanie kompetencji
Korzystając z takiego rozumienia systemu prawa Unia Europejska tylnymi drzwiami coraz bardziej poszerza swoje kompetencje kosztem suwerenności krajów członkowskich, na przykład w sprawie polityki energetycznej, ingerencji w wymiar sprawiedliwości czy w kwestii uprzywilejowywania nielegalnych imigrantów i homoseksualistów. Do tego wykorzystuje się między innymi Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który zdaniem profesor Grabowskiej jest czymś w rodzaju zaplecza Komisji Europejskiej i niekoniecznie kieruje się obiektywną analizą obowiązujących traktatów, lecz tak interpretuje prawo, by umożliwić Unii Europejskiej osiągnięcie celu.
Problem pozaprawnego przejmowania kompetencji opisał politolog doktor habilitowany Jarosław Szymanek w pracy Downplaying of the role of Member States: Competence Creep and State Bypassing in Decision Making in the European Union. Działanie zjawiska określanego jako pełzanie kompetencji z jednej strony polega na rozwoju kompetencji unijnych poza przyznanymi Unii, a z drugiej – na zawężaniu możliwości podejmowania działań przez kraje członkowskie. Do tego dochodzi zjawisko określane jako omijanie państwa: mechanizmy decyzyjne są konstruowane w taki sposób, że kraje członkowskie ulegają marginalizacji na przykład poprzez działania innych podmiotów, jak samorządy czy grupy nacisku.
– To jest doktryna, którą można określić jako metoda salami, czyli systematyczne zabieranie kompetencji przynależących państwom członkowskim UE na rzecz instytucji europejskich. Zabieranie czegoś, co już zostało przypisane traktatami europejskimi do państw członkowskich – opisuje mechanizm, po jaki sięga Bruksela, by robić to, na co nie pozwala jej prawo, profesor Marcin Szewczak z Wydziału Prawa, Prawa Kanonicznego i Administracji Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Scentralizowane superpaństwo
Wraz z wejściem w życie traktatu lizbońskiego możemy mówić o unijnym państwie federalnym. Unia Europejska ma wszystkie atrybuty państwa: ludność, terytorium, granice, władze, które wydają obowiązujące akty prawne, osobowość prawną, symbole państwowe (flaga, hymn); nadaje obywatelstwo, nakłada podatki, cła i różne opłaty, prowadzi politykę zagraniczną, monetarną, handlową, rolną i tak dalej. Na dodatek propozycje zmian traktatowych przedstawionych w 2023 roku pokazują jednoznacznie, że Unia Europejska zmierza w kierunku budowy scentralizowanego superpaństwa, w którym już nic nie będziemy mieli do powiedzenia.
Niestety nie możemy nawet liczyć na to, że aktualny rząd uśmiechniętej koalicji na forum unijnym ujmie się za interesem Polaków i przy podejmowaniu swoich decyzji będzie myślał o polskiej racji stanu. Otóż na wiosnę 2025 roku Trybunał Konstytucyjny orzekł, że wydanie dyrektywy ustanawiającej system ETS bez uzyskania jednomyślności w Radzie UE jest sprzeczne z polską konstytucją i nakazał władzy ustawodawczej i wykonawczej podjąć stosowne działania w celu wykonania wyroku. Tymczasem Ministerstwo Klimatu i Środowiska zamiast wykorzystać tę wyjątkową i niepowtarzalną okazję na rzecz Polaków, pod pretekstem braku legalności orzeczenia Trybunału bojkotuje możliwość wydostania Polski z kajdan Zielonego Ładu, stwierdzając, że wyrok jest nieważny.
A przecież nawet jeśli są jakieś problemy proceduralne, to polskie władze powinny się uczepić tego wyroku jak rzep psiego ogona, bo daje on szansę na ucieczkę od katastrofalnej dla Polski polityki serwowanej nam przez Brukselę. Tymczasem resort klimatu, podejmując decyzję o niewdrażaniu do polskiego systemu prawnego orzeczenia Trybunału, zamiast być adwokatem Polaków w Brukseli, szkodzi nam i polskiej gospodarce.
W roku 1989 wyrwaliśmy się z żelaznego uścisku Związku Sowieckiego, który tłamsił polską gospodarkę przez czterdzieści pięć lat. Przynajmniej teoretycznie wydawało się, że staliśmy się wolni i mogliśmy o sobie decydować w każdej sprawie. Niestety już kilka lat później w ramach przygotowań do członkostwa w Unii Europejskiej Polska zaczęła dostosowywać polskie prawo do prawa unijnego, a teraz obowiązuje nas wszystko, co wymyślą w Brukseli, zakazu samochodów spalinowych i zamykania stabilnej energetyki węglowej nie wyłączając. W ten sposób wróciliśmy do żelaznego uścisku – z tym jednym wyjątkiem, że nie płynącego z Moskwy, a z Brukseli. Od prawa i sądownictwa po politykę gospodarczą i zagraniczną coraz częściej decyzje dotyczące Polski zapadają w stolicy Belgii.
Tomasz Cukiernik – prawnik i publicysta, autor książek: Sabotaż klimatyczny, Dwadzieścia lat w Unii, Wolnorynkowa koncepcja państwa, Michalkiewicz. Biografia.