Awans Polski do grona dwudziestu największych gospodarek świata stworzył okazję do prawdziwego festiwalu przechwałek i wzmocnienia narracji o rzekomym złotym wieku w naszych dziejach.
Amerykański Departament Stanu wystosował niedawno do polskich władz oficjalne zaproszenie na spotkanie grupy G-20. Jak stwierdził Marco Rubio, Polska dołączy do niej, aby zająć należne jej miejsce. Tego rodzaju pochlebstwo miało oczywiście podtekst polityczny, choć jako kraj średniej wielkości położony w samym środku Europy powinniśmy teoretycznie już dawno temu dołączyć do prestiżowego grona. Tak się jednak nie działo – mało tego, na początku lat dziewięćdziesiątych miejsce Polski w rankingu największych gospodarek świata leżało wręcz poza pierwszą czterdziestką.
Gdyby więc przyjąć za miarę sukcesu znaczny awans, jaki dokonał się na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat, można by rzeczywiście dostrzegać powody do sporej satysfakcji. Autentycznej dumy jednak wzbudzić w sobie nie potrafią wszyscy, którzy pamiętają lub mają świadomość faktu, iż załamanie gospodarki u schyłku PRL i początku III RP miało w znacznej mierze charakter planowy. Bez uprzedniego doprowadzenia wielu państwowych przedsiębiorstw do finansowej zapaści nie można byłoby przecież później przeprowadzić masowej akcji uwłaszczania.
Era inkluzywności
Wróćmy jednak do naszych czasów, które zyskały już nawet własne grono apologetów. Bodaj najgłośniejszym z nich jest Marcin Piątkowski, autor książki Złoty wiek. Jak Polska została europejskim liderem wzrostu i jaka czeka ją przyszłość. Ekonomista ten, adaptując do polskiego kontekstu teorię ekonomicznych noblistów Darrona Acemoglu i Jamesa Robinsona, ukazuje najnowsze dzieje Polski jako triumf inkluzywności i otwartości. Oddając Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej wielki hołd w dziele wyzwalania polskiego narodu z okowów społeczeństwa oligarchicznego i pańszczyźnianego, Piątkowski przekonuje, że oto właśnie nastała złota era w dziejach z górą tysiącletniego państwa – o czym niechybnie świadczy między innymi wzrost PKB, świetnie wyedukowane społeczeństwo, przynależność do liberalnej wspólnoty demokratycznych państw oraz akcesja do Unii Europejskiej.
Polemice z hurraoptymistycznymi tezami autora Złotego wieku można by poświęcić wiele akapitów, lecz warto jedynie zauważyć, iż tego rodzaju przekonania podziela bardzo wiele osób. W szczególności dwaj ostatni premierzy przyzwyczaili opinię publiczną do obwieszczania, że żyjemy w najlepszych czasach w historii Polski i jesteśmy liderami wzrostu. I rzeczywiście – przyglądając się choćby nieustającej metamorfozie warszawskiego śródmieścia, które ze stalinowskiego blokowiska przerodziło się w prawdziwy las nowoczesnych biurowców, można niekiedy odnieść wrażenie, że z tak ewidentnym i rzucającym się w oczy dowodem sukcesu gospodarczego trudno nawet dyskutować.
Uderzającą cechą „polskiego złotego wieku” jest jednak to, że im więcej w głównych miastach przybywa nowoczesnej powierzchni biurowej, tym szybciej obniżają się wskaźniki dzietności. Z punktu widzenia narracji o ogromnym gospodarczym sukcesie, jaki rzekomo właśnie stał się naszym udziałem, stwarza to bardzo poważne trudności. Nasze zastraszająco szybkie wymieranie nie jest zaledwie kwestią poboczną, lecz egzystencjalnym i fundamentalnym zagrożeniem dla całej gospodarki.
Doskonale widać to choćby na przykładzie rynku nieruchomości, których zakup stanowi sposób na lokatę oszczędności dla około 10–13 procent Polaków. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa katastrofa demograficzna najzwyczajniej w świecie zmiecie znaczną część tych oszczędności ze względu na zanikający popyt, nawet w największych ośrodkach miejskich.
Spory problem czeka także wszystkich tych, którzy z myślą o starości polegają wyłącznie na polskim państwie. Wraz z dramatycznie szybko spadającą liczbą osób w wieku produkcyjnym zdolności finansowe państwa będą coraz szybciej więdły. Problem ubóstwa na starość stanie się coraz bardziej powszechny, a próby zaradzenia mu będą pochłaniały coraz większe ilości publicznych środków.
Lider przyrostu zadłużenia
Wielkim dramatem naszego państwa jest to, że wkroczyło w okres katastrofy wymierania z historycznie rekordowym poziomem deficytu budżetowego (aż 6,5 procent) i zadłużeniem, które według metodologii unijnej (a więc uwzględniającej zadłużenie samorządów i jednostek pozabudżetowych) ma wkrótce sięgnąć aż 70 procent PKB. Mało kto w Polsce ma tego świadomość, ale pod względem wartości zadłużenia wkroczyliśmy do niechlubnego grona dwudziestu największych dłużników na długo, zanim Marco Rubio zaprosił nas na spotkanie grupy G-20.
Nasza polska obecność w prestiżowym gronie może być zresztą bardzo krótkotrwała. Biorąc pod uwagę nasze rekordowe wymieranie, narastający kryzys finansów publicznych oraz realizację destrukcyjnych agend równościowych, klimatycznych i genderowych już wkrótce prześcignąć nas mogą takie kraje jak Egipt, Nigeria czy Filipiny. W kolejce za nimi czekają także inne kraje, które jeszcze niedawno zaliczane były do Trzeciego Świata, lecz przez sam fakt swojej względnej demograficznej żywotności będą zachowywały spory atut w kontekście gospodarczym.
Nie sposób nie wspomnieć także, iż sama obecność w grupie G-20 znaczy co innego dla poszczególnych krajów. Światowe mocarstwa już od wielu lat dokonują „outsourcingu PKB” do takich krajów jak Polska, które oferują przestrzeń dla fabryk i biurowców oraz ręce gotowe do pracy. W ten właśnie sposób firmy zagraniczne odpowiadają za nawet 40 procent polskiego produktu krajowego brutto. Można się wprawdzie pocieszać, że w innych krajach (jak choćby Czechy czy Irlandia) wskaźnik ten jest jeszcze wyższy, lecz w Niemczech czy Francji nie przekracza 17–18 procent.
Spętani zrównoważonym rozwojem
Typowo techniczny wskaźnik, jakim jest PKB, zapewnia niestety dość niemiarodajny obraz realnego statusu danego państwa i jego gospodarki. Nawet obecność na spotkaniach grupy G-20 zapewnia więcej symbolicznego prestiżu niż realnego wpływu na międzynarodową politykę.
Zamiast więc mydlić sobie i nam oczy mówieniem o „złotym wieku” polskie elity powinny możliwie jak najszybciej zdać sobie sprawę z ogromu wyzwań, jakie stoją przed polskim państwem i społeczeństwem. Przede wszystkim należy rzucić wszelkie możliwe siły i zasoby do ratowania Polski przed demograficzną zagładą. Bez opanowania kryzysu w tym obszarze nie będzie nas nigdy stać na realizację niemal żadnych strategii rozwojowych.
Prawdziwy złoty wiek jest dla Polski możliwy, ale trudno o nim nawet marzyć, gdy rodzimą gospodarkę coraz bardziej ogranicza agenda zrównoważonego rozwoju i polityki klimatycznej, a suwerenność jest rozmieniana na drobne w imię integracji europejskiej. Zamiast celebrować rzekomy historyczny sukces gospodarczy nazywajmy rzeczy po imieniu. Polska wygrzebała się z nędzy, którą zaserwował jej komunizm i postkomunizm, osiągnęła znaczne sukcesy w zakresie tworzenia nowoczesnej infrastruktury, korzysta obficie z etnicznej jednorodności i ma zdecydowanie najlepszą kulturę na świecie. Pomimo tego najbardziej prawdopodobnym scenariuszem dla naszej ojczyzny pozostaje degradacja do roli zdepopulowanego i niewiele znaczącego państewka.
Jakub Wozinski – publicysta, tłumacz, autor książek, m.in. Dzieje kapitalizmu.