Czytając o Józefie Piłsudskim niejednokrotnie trudno się oprzeć wrażeniu, że się ma przed oczyma Sienkiewiczowski opis Nerona w Quo vadis. Oto pławiący się w oparach wazeliny pośród chóru pochlebców próżny i niestabilny emocjonalnie władca, który wszystkich łaje i potrąca. Ruga swoich podwładnych na czym świat stoi, a oni to przyjmują z zachwytem; do oficerów, weteranów dwóch wojen zwraca się per: dzieci, a dorosłych facetów to do łez rozczula…
Czuje się on do tego wszystkiego w pełni uprawniony (a oni go w tym odczuciu na wyprzódki utwierdzają), bo przecież góruje nad narodem jak orzeł nad stadem kuropatw – samotny w swoim wywyższeniu. Czyż wszak sam nie stworzył legionów, sam nie odrodził polskiego wojska, sam jeden nie pobił bolszewika? Czyż nie dokonał cudu nad Wisłą? On jeden wie, czego Polsce trzeba, on jeden ma na nią niezawodny przepis. Znamy takich dobrze i z bliższych nam czasów – ot, choćby podobnie wąsaty noblista, który w pojedynkę obalił komunizm…
Zdarza się, że długotrwałe zmagania stopniowo upodabniają człowieka do jego przeciwnika, że go bezwiednie formują na podobieństwo wroga. Józef Piłsudski przez długie lata walczył z caratem. I nieświadomie nim nasiąkał. Dla niego carat uosabiał istotę władzy.
Józef Piłsudski chciał być carem. Samodzierżcą – tak sobie wyobrażał własną pozycję w odrodzonej Rzeczypospolitej.
Co ciekawe, potwierdzenie tej hipotezy znajdujemy w słowach samego Piłsudskiego, skierowanych do Stanisława Grabskiego:
– Cyganka na Syberii przepowiedziała mi całą moją przyszłość; przeszedłem teraz w myśli całe moje życie; sprawdziło się dotąd wszystko. Powiedziała mi też, że będę w Polsce dyktatorem.
Syberyjska Cyganka nie mogła znać słowa „dyktator” – dla niej, podobnie jak dla niezliczonych rzesz poddanych rosyjskiego imperium, na określenie głowy państwa istniało tylko jedno słowo – co zatem powiedziała Piłsudskiemu? Carom budiesz – to mu powiedziała.
On zaś, jako człowiek zabobonny, wziął sobie to mocno do serca i od tej pory konsekwentnie budował swoje impieratorskoje wieliczestwo – starał się być carem na miarę własnych możliwości. W czym go bałwochwalczo umacniali jego peowiaccy i legionowi „bojarzy”. Jak to wiek wcześniej „wywieszczył” nasz genialny poeta: Car dziwi się – ze strachu drżą Petersburczany; car gniewa się – ze strachu mrą jego dworzany. Wystarczy zamienić Petersburczany na Belwederczany – i już mamy żywy obraz sanacyjnych stosunków.
Naciągana teoria? No, chyba nie do końca – wszak podobny mechanizm upodobnienia obserwujemy również dziś. Czyż pewien polityczny tuz III RP, który połowę życia przeżył w komunie i spory jego kawał spędził na zmaganiach z nią, nie sprawia niekiedy wrażenia, jakby chciał być Gomułką?
Jerzy Wolak