– A znasz ty kraj, gdzie brzegiem strumieni niezapominajki i kaliny rosną? Gdzie zbóż falami niwa się płomieni, a bory ćmią się jedliną i sosną? Gdzie chmiel złociste rozwiesza festony po szczytach olszyn, usrebrzonych mchami, gdzie biała brzoza i jawor zielony błyszczą malownie nad łąk kobiercami?
– Znam kraj, gdzie na górach czarne świerki rosną i z wiatrem północy szumią pieśń żałosną, a dołem, dołem, jak wzrok sięgnąć może, złocistych kłosów kołysze się morze. Na morzu wyspy kwiecistej murawy, i rozproszone jak wędrowne nawy, gdzieniegdzie domki bieleją z poddasza. To Polska, to ojczyzna nasza.
– Ojczyzna moja to wioski i miasta, wśród pól lechickich sadzone od Piasta; to rzeki, lasy, kwietne niwy, łąki, gdzie pieśń nadziei śpiewają skowronki. Ojczyzna nasza to dom i szkoła, i szara wstęga drogi za domem. I wszystko, wszystko, co jest dokoła – tak bliskie sercu, drogie i znajome…
– A kochasz ty dom, rodzinny dom, co w letnią noc, skroś srebrnej mgły, szumem swych lip wtórzy twym snom i ciszą swą koi twe łzy? Kochasz ty dom, rzeźwiącą woń skoszonych traw i płowych zbóż, wilgotnych olch i dzikich róż, co głogom kwiat wplatają w skroń?
– To nie kochanka, ale sypiam z nią, choć śmieją ze mnie się i drwią: taka zmęczona i pijana wciąż… Nie pytaj mnie, dlaczego jestem z nią; nie pytaj mnie, dlaczego z inną nie. Nie pytaj mnie, dlaczego myślę, że nie ma dla mnie innych miejsc.
– Przecież nie mam żadnej innej poza tobą i mieć nie chcę – tyś jest wieczna i jedyna. Wiem na pewno, że ze sobą zostaniemy, chociaż życie nam układa się nieprosto. Nie możemy rozstać się trzasnąwszy drzwiami, moja miła, moja droga, moja Polsko.
– Bo cóż powiedzą tomy słowników, lekcje historii i geografii, gdy tylko o niej mówić potrafi krzak bzu kwitnący i śpiew słowików. Choć jej granice znajdziesz na mapach, ale o treści, co je wypełnia, powie ci tylko księżyca pełnia i mgła nad łąką, i liści zapach:
– Kraju mój, kraju barwny, pelargonii i malwy, kraju węgla i stali, i sosny, i konwalii, grudka twej ziemi w ręku świeci nawet po ciemku…
Polska jest najpiękniejsza. Jej krasę z dawien dawna entuzjastycznie opiewali rozliczni – bardziej i mniej znani – wirtuozi języka polskiego (tu po kolei, od tytułu do ostatniego wielokropka: Jan Lechoń, Konstanty Gaszyński, Aleksander Fredro, Władysław Bełza, Maria Konopnicka, Grzegorz Ciechowski, Jonasz Kofta, Antoni Słonimski, Konstanty Ildefons Gałczyński), których słowa z radością przywołuje – przypomniawszy sobie, iż miał szczęście chodzić do szkoły, w której kazano wierszy uczyć się na pamięć –
Jerzy Wolak