Powszednia. Przeciętna. Zwyczajna. Pospolita. Rzeczpospolita. Tak, to prawda. Bałtyk nie ma lazurowej barwy mórz południowych. Nasze choćby najwyższe drzewa nie mogą się równać ze wspaniałymi eukaliptusami Australii, o sekwojach nawet nie wspominając. Bujność i zieleń polskich lasów zawsze ustąpi przed dzikim szałem i barwami dżungli. A polskie kwiaty… jak je porównywać do fantastycznych tropikalnych storczyków? Wszystko to prawda. Polska jest najpospolitszym, najprzeciętniejszym miejscem na świecie. Ale spróbujcie tylko wyjechać na kilka lat i wrócić – wtedy dopiero zobaczycie cuda!
Czegóż to ja nie widziałem, mieszkając za granicami Polski! W ilu wspaniałych miejscach się rozkochałem! Najbardziej chyba we wzgórzach Australii, pokrytych buszem eukaliptusowym (z tymi niewiarygodnymi, smukłymi drzewami o gładkiej białej korze), pełnym dźwięków rozskrzeczanych papug, a gdy kto wiedział, gdzie pójść – pełnym również cudacznych kangurów i walabii. Gdy zaś schodziło się w dół, nagle krajobraz jak gdyby zamykał się i otaczały nas tropikalne krzewy, palmy i potężne drzewa tropikalne.
A to czerwone serce Australii, te ogromne połacie pustyni i półpustyni, i sterczący, mityczny Uluru… A gdyby tak powspominać jeszcze tropikalną północ albo Nową Gwineę czy Chiny, albo… zresztą, pal licho moje podróże, nie znowu aż tak liczne. A co by taki Wojciech Cejrowski powiedział o pejzażach obu Ameryk? Co by inni powiedzieli o innych niezliczonych cudach świata? Tak, tak, Polska po prostu może się schować. Nic dziwnego, że poznani w Australii Polacy zawsze się dziwili, gdy mówiliśmy, że jak tylko skończę doktorat, wracam z rodziną do Polski. Ale ja widziałem w Polsce coś, czego oni z jakiegoś sobie tylko znanego powodu nie dostrzegali.
Widziałem wiosnę.
A zobaczyłem ją li tylko oczyma wyobraźni, wpatrując się w bajeczną – a jakże nagle dla mnie niedorzecznie jednolitą i nudną – zieleń Nowej Gwinei.
Wiosna, wiosna, jak to tak?
Tak, wiosna to czas, gdy najbardziej chodzą mi po głowie słowa Stanisława Jachowicza: cudze chwalicie, swego nie znacie. Owszem, każdy kto w Polsce mieszka, odczuwa przypływ sił na wiosnę; odczuwa radość z cieplejszego powietrza, z powrotu zieleni. Ale bardziej niż z przyjścia wiosny radujemy się zwykle z odejścia zimy. Wiosnę traktujemy nazbyt często jako stan przejściowy na drodze do lata, również zresztą krytykowanego jako zbyt krótkie i zbyt przeciętne. Doprawdy, wiosnę łatwiej chyba zobaczyć takim jak ja, co musieli na nią spojrzeć z zewnątrz. Ale gdy się tę polską wiosnę już raz zobaczy – naprawdę zobaczy – to się odkrywa i się pojmuje, że żadne odległe tropiki nie będą już nigdy piękniejsze.
A powiem więcej: gdy się raz zobaczy tu wiosnę, potem łatwiej też będzie dostrzec i lato, i jesień, i zimę. Pewnie, na każdą z tych pór można narzekać – ale każda jest absolutnie cudowna, jeśli tylko zechcemy je ujrzeć na nowo, odkrywając niebywałe wręcz piękno tego zmiennego polskiego krajobrazu.
Gdy więc inni cieszą się u końca maja, bo nareszcie zrobiło się cieplej, bo idzie lato, ja już zaczynam tęsknić za… wiosną właśnie. Za tym nagłym wybuchem kwiatów – za cudownymi szpalerami kwitnących bzów, za białym kwieciem kasztanowców, różowymi migdałkami, za bajecznymi sadami owocowymi, za upstrzonymi żółtymi mleczami łąkami, za – importowanymi wprawdzie do Polski, a jakże już swojskimi – rozlicznymi tulipanami, które wszystkie naraz rozkwitają, by szybko przeminąć. Oczywiście, mógłbym tu też chwalić bajeczne kształty wiosennych kwiatów, które widziałem w „swojej” podzwrotnikowej części Australii, ale nie chodzi o to, co jest tam, a o to, co mamy tutaj.
U krańca wiosennej pory zaczynam już tęsknić za jej wyjątkową zielenią: zaprawdę bowiem tylko przez krótkie kilka tygodni widzimy w Polsce ten niebywały, najsoczystszy, najświeższy odcień zieleni, która szybko potem jakby ciemnieje albo blednie, w każdym razie tracąc tę pierwszą soczystość. Ale pocieszmy się: w tropikach, gdzie jest zielono cały rok, tego odcienia nie ma wcale, podobnie jak nie ma też tego wielkiego, jednorazowego wybuchu kwiatów. Pewnie, chciałbym w swoim polskim ogrodzie ugościć jakieś eukaliptusy, by mi przypominały dawne wyprawy, aby ich liście zdobiły ogród nawet zimą. Jednak ich blada, rozmyta zieleń nigdy nie umywa się do naszej wiosennej.
I można oczywiście prychnąć i powiedzieć, że nie tylko u nas bywa wiosna, że taką samą spotkamy wszędzie na naszej szerokości geograficznej, że równie dobrze możemy zobaczyć ją gdzieś we Francji, w Ameryce, w Chinach, Korei czy Japonii. To prawda… ale czy to coś ujmuje naszej wiośnie?
Cztery pory roku
Po wiośnie przychodzi lato i uwielbiam tę jego gorączkowość. Rzadko miewamy prawdziwe upały i nijak to się nie porównuje do Hiszpanii czy Malty, gdzie z idealnie błękitnego nieba leje się czysty żar, a równie błękitne morze aż prosi, by się w nim ochłodzić. Ale gorączkowość naszego lata objawia się nie w temperaturze powietrza, lecz w nas samych – staramy się usilnie jak najwięcej z niego skorzystać, póki trwa. Oczywiście nie obywa się bez utyskiwania na deszcze – choć osobiście dawno przestałem się na nie uskarżać. W Australii nie dało się inaczej. Ilekroć chciałem tak po polsku ponarzekać, że pada, słyszałem niemal jak mantrę słowa:
– No tak, ale potrzebujemy tego deszczu.
Tym zaś, którzy uskarżają się na deszcz, a nie mają czasu oduczyć się tego na wyjeździe do suchej Australii, podpowiem:
– Kupcie sobie działkę i załóżcie ogród. Wtedy docenicie deszcz i tę rzekomą „przeciętność” naszego klimatu.
Czy w ogóle jest w Polsce jakakolwiek pora roku, która nie miałaby swego własnego uroku? Jesień przynosi nam kolejny bajeczny wybuch kolorów – tym razem przebarwionych liści. I znowu trwa to krótko, a czasem trzeba obejść się smakiem i czekać na kolejny rok, gdy zbyt wcześnie przychodzi jesienna szaruga.
No, właśnie: szaruga. Tej chyba nie sposób docenić, prawda? Podobnie jak nie sposób docenić zimy, gdy śnieg zapomni spaść, gdy cała rzeczywistość wydaje się szarobura, a drzewa są tylko ponurymi kikutami. Ale czy na pewno tak jest? Przecież nasza jesień nieraz opatula nas cudownie miękką i przytulną szarą mgłą. A zima, choćby i szara, bez śniegu, objawia przed nami ciemną, lecz całoroczną zieleń sosen i świerków, bluszczy i ostrokrzewów. Przy czym ta szaruga, którą najchętniej byśmy przesiedzieli w domach, albo jeszcze lepiej: przespali snem zimowym, jest konieczna właśnie prawem kontrastu. Ma swoje specyficzne, ponure piękno, ale przede wszystkim właśnie ów kontrast, który sprawia, że tym bardziej doceniamy zmianę: najpierw gdy spadnie śnieg – pewnie na zbyt krótko, ale jakże i tak cudownie biało – a potem gdy przyjdzie znów wiosna.
I tak oto w Polsce można ciągle cieszyć się obecną porą roku, czekając jednocześnie na inną. Nie trzeba każdej lubić, można mieć jedną szczególnie ulubioną – jak moja wiosna – ale doceńmy choćby to, że każda pora jest inna, każda wyjątkowa i niepowtarzalna, i niezależnie, kiedy wyjedziemy na zagraniczne wczasy, czy to uciekając przed zimą, czy przed latem, zawsze coś przegapimy. Po powrocie zobaczymy, że nasz własny krajobraz już się zdążył zmienić – jeśli tylko zechcemy spojrzeć i zauważyć.
Krajobraz nieuchwytnych chwil
Piszę tu wciąż o zmianach, o pogodzie, o kwiatach, o deszczach, a przecież ani słowem nie wspominam o samym krajobrazie. Bo też po prawdzie nie ma takiej potrzeby. Owszem, mógłbym rozpływać się nad cudownością polskich jezior i rzek – koniecznie widzianych tuż znad powierzchni, z perspektywy kajaka albo powolnego roweru wodnego. Nad wspaniałą różnorodnością naszych lasów, które choćby i były w większości li tylko wielkimi, sztucznymi uprawami, wciąż potrafią zaskakiwać. Nad stromymi, skalistymi Tatrami albo łagodniejszym Beskidem czy Pieninami, gdzie wszędzie znajdujemy wspaniałe szlaki do wędrówki. Nad Suwalszczyzną, która łączy właśnie jeziora, lasy i wzgórza, wszystko razem w niepowtarzalnym widoku. Nad Bałtykiem, którego brzegi po burzy wyrzucają bursztyny, a który wcale nie ustępuje pięknem tropikalnym plażom, nawet w szarej tonacji.…
Doprawdy, gdy Tolkien wymyślał hobbitów mieszkających w norach w pagórkach, przemawiały przezeń jakieś genetyczne wspomnienia jego pruskich przodków, których zaszyte w zboczach ziemianki do dzisiaj można na ich dawnej ziemi spotkać.
Ale nie będę się nad tym wszystkim rozwodził, bo nie chcę kierować uwagi do miejsc niezwykłych, choć Bóg faktycznie dał nam ich wiele – ja chcę otworzyć oczy na cudowność miejsc najzwyklejszych w świecie.
Gdy jeszcze mieszkałem w Australii, zacząłem kupować z Polski kalendarze ścienne – konkretny kalendarz konkretnej firmy, zawsze zdobiony malowanymi pejzażami. Teraz zresztą też ten sam kalendarz wisi za moimi plecami. Nie są to bynajmniej dzieła wielkiej sztuki, a ich tematy bywają do bólu pospolite – tu chata na skraju lasu, tam droga polna obsadzona ogłowionymi wierzbami; tu rzeczka wśród łąk, tam jakiś park pełen kasztanowców; tu pole upstrzone czerwonymi makami, tam… I tak dalej. Ale czyż nie o to właśnie chodzi? O piękno otaczające nas na co dzień, którego widzieć po prostu nie chcemy – bo pospolite? O miejsca i chwile, których żadną miarą nie da się uchwycić aparatem fotograficznym, prędzej malowanym obrazem właśnie, bo do ich piękna dokłada się przypadkowy układ chmur, który już nigdy się nie powtórzy?
Nic nowego tu zresztą nie odkrywam. Cały ten wywód mógłby przecież podsumować Mickiewicz, który – z Paryża oczyma wyobraźni patrząc na Polskę (no, dobrze, Litwę – ale czyż to nie to samo?) – słowami Pana Tadeusza również na nowo odkrywa nasze krajobrazy, nasze drzewa? O chmurach zaś pisze on:
U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków!
Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!
I dalej tak przez kilka kolejnych strof. Nad samymi chmurami na polskim niebie poeta szeroko się rozpisał – a co dopiero całą resztą naszego krajobrazu!
Kilka lat temu – można symbolicznie powiedzieć – „wbiłem” swój sztandar. Kupiliśmy sobie kawał działki za miastem. Niezbyt blisko mieszkania, niestety – trzeba ze czterdzieści minut tam jechać. A działka to uprawy do obrobienia, to czas i wysiłek, który skutecznie zniechęca do zagranicznych wyjazdów, po których zawsze jest tyle do nadrobienia. Tak jednak, jak niegdyś odkryłem na nowo Polskę, patrząc na nią z daleka, tak teraz odkrywam ją tym bardziej, patrząc na nią z bliska. Nie ma to jak własna ziemia, żeby dostrzec, jak cały nasz rok składa się z kalejdoskopu nieuchwytnych chwil. Nie ma to jak te czterdzieści minut jazdy, żeby zauważyć, iż tydzień w tydzień droga wygląda inaczej i że o każdej porze zachwyca czymś innym. I nie ma to jak te uprawy, te nasze ciągle jeszcze mizerne zasiewy i plony wśród chwastów, aby z zupełnie innej perspektywy spojrzeć na to, co nas otacza, by odkryć na nowo trudną więź z porami roku i z kaprysami pogody, która jeszcze przed pokoleniem, może przed dwoma, była czymś zupełnie oczywistym dla naszych przodków.
Chwalcie więc te nieba włoskie, morza południowe, lasy tropikalne, przyrodę egzotyczną, stepy, dżungle i sawanny. Piękne to wszystko, bez dwóch zdań; pięknie stworzone i godne pochwały. Ale potem… potem otwórzcie oczy i spójrzcie na bogactwo, które na co dzień nas otacza, na miejsca i chwile niby pospolite, a przecie niepowtarzalne.
Jakub Majewski – twórca i badacz gier komputerowych, miłośnik historii i teologii.