W roku 1989 Francis Fukuyama ogłosił wszem wobec koniec historii – pod wrażeniem rozpadu bloku sowieckiego. Mógł mylić się zwiedziony chwilą – jak śpiewał Jacek Kaczmarski – a jeden błąd popełnił na pewno, mianowicie zapomniał o swym dezyderacie poinformować samej historii, która nieświadoma intencji politologa z Cornell i Harvardu wciąż trwała sobie w najlepsze.
I dalej będzie trwała niepomna, iż – zdaniem Fukuyamy i jemu podobnych – rzekomo wyczerpały się projekty ustrojowe, całkowicie oddając pole liberalnej demokracji, która będzie odtąd panować constans do plus nieskończoności. Albowiem historia to – parafrazując nieco Norwidowskie spostrzeżenie – dziś, tylko cokolwiek dalej. A uznawanie liberdemokracji za najdoskonalszy z możliwych do urzeczywistnienia systemów politycznych jest zbyt naiwne, by mogło być szczere. Bo też w istocie to nic innego jak chytry plan szakali wobec osłów – zgodnie ze znaną definicją demokracji Henry’ego Louisa Menckena.
Nie szafujmy końcami historii, bo ta jest wiekuista, a przynajmniej tak wiekuista, jak jest wiekuisty człowiek – wedle ładnego bon motu G. K. Chestertona. Historia skończy się dopiero, gdy Bóg i „Zgiń!” wyrzecze, kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze – jak wieszczy Adam Mickiewicz. A do tej pory człowiek wiekuisty z wiekuistym katalogiem swych wiekuistych pragnień i namiętności, cnót i grzechów, bólów i dobrostanów będzie w kółko lepił historyczny proces swymi niewprawnymi palcy.
I żaden ustrój nie zapanuje niepodzielnie a niezmiennie na tym świecie, bo niepodzielność i niezmienność zarezerwowane są dla Królestwa Niebieskiego, które nie jest z tego świata (J 18, 36). Tu zaś będzie trwał wieczny życia krąg (Tim Rice), w polityce manifestując się czy to płynnym, czy gwałtownym, cywilizowanym bądź barbarzyńskim, łagodnym lub krwistym przechodzeniem systemu w system – a demokracja w tym historycznym kołowrotku okaże się niczym więcej jak jedną z wielu możliwych opcji, na dodatek szeroko otwartą na najrozmaitsze połączenia hybrydalne z innymi modelami ustrojowymi, jakie tam człowiek jeszcze wymyśli (a zdoła wymyślić niewiele, ponieważ – jak to już grubo ponad dwa tysiące lat temu ustalił Atystoteles – jest ich w sumie trzy, więc rzekoma obfitość systemowych rozwiązań to tylko swoisty sampling w lepszym lub gorszym wykonaniu didżejów politycznej teorii i praktyki).
Demokracja już się przepoczwarza – ze złocistego motyla ułudy w brunatnoczerwoną larwę historyczności. I nie ma się czemu dziwić – teoria demokracji zakłada wszak oddawanie władzy sine ira et studio, gdy praktyka woła ustami polityków sypiących jak z rękawa demokratycznym frazesem na wzór i podobieństwo Władysława Gomułki: Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy! Kto dziś jeszcze wierzy w zwierzchnictwo narodu, gdy bez względu na to, co się wrzuci do urny i tak wyskoczy z niej konkretny, taki a nie inny króliczek?
A wiatr, od Azji poświstując, szczeka – wzdycha ciężko C. K. Norwid – historia żyje. I na dodatek ostatnio przyspiesza, ciesząc się zabawkami, jakie wciąż darowuje jej high-tech naszych czasów. Chaos demokracji totalnej, w który właśnie wkraczamy, niedługo okiełzna (ale tylko dla własnej korzyści) demoligarchia – już przecież zrodzeni do władzy zawodowi demokraci okazują coraz większe zmęczenie demosem. Nie, nie, deklaratywnie ludowładztwa nie wykrzekną się za nic, bo stanowi ono wyśmienity parawan dla zamordystycznej władzy – która na dodatek pozwoli sobie na znacznie więcej niż klasyczne tyranie, ponieważ we wszystkich swych niecnych działaniach podeprze się wolą ludu. A swych oponentów (równie demokratycznych jak oni sami) oklei etykietą populistów – bo dziś populizm gorszy od faszyzmu…
I nikomu nie wolno się z tego śmiać – jak zauważył cztery dekady temu Rafał Bryndal.
Jerzy Wolak