W dobie rozwiniętej techniki i kurczącej się kuli ziemskiej prawdziwą alternatywą dla demokracji byłaby taka forma rządów, która na pierwszym miejscu stawiałaby miłość, wiedzę, doświadczenie i mądrość, nie zaś niewiedzę, oszczerstwa, głupie sentymenty i niskie namiętności – pisał przed laty Erik von Kuehnelt-Leddinhn, wzorem Platona przewidując bankructwo demokracji poprzez jej nieuchronne pójście w stronę totalitarnej tyranii. I choć współczesny nam świat odmienia przez wszystkie przypadki słowa „demokracja” i „demokratyczny”, czy ktokolwiek rozsądny jest w stanie nie tylko umierać za demokrację, ale choćby szczerze zapłakać po jej zgonie?
Już starożytni filozofowie wiedzieli doskonale, a nowożytność dowiodła tego empirycznie, że demokracja nie jest najlepszym, lecz najgorszym systemem władzy. Nie dba wszak o to, by w państwie podejmowane były najlepsze decyzje, tylko te, które w największym stopniu akceptowane są przez większość. Ta ostatnia zaś bywa przypadkowa i kieruje się przede wszystkim emocjami, stąd o głosowaniu na danego kandydata lub partię decyduje często jakaś spodziewana korzyść materialna lub inna obietnica przedwyborcza, niekiedy lojalność wobec danego ugrupowania, czasem zaś jedynie pewne cechy kandydata, jak choćby jego wygląd zewnętrzny lub elokwencja. I choć dla jakichś nieodgadnionych przyczyn spora część ludzkości już dość długo pozwala, by rządzono nią właśnie w demokratyczny sposób, to jednak w ostatnich latach admiracja liberalnych elit wobec demokracji zdecydowanie zmalała, co na zachodnich uniwersytetach wywołało wielką debatę na temat jej kryzysu.
Polaryzacja, autorytaryzm, nacjonaliści
I tak David Runciman w książce Jak kończy się demokracja, twierdzi, że ów system… zanika przez stopniowe wyczerpanie, technokratyzację, utratę społecznego znaczenia i uzależnienie od technologii. Z kolei Steven Levitsky i Daniel Ziblatt (Tak umierają demokracje) uważają, że demokracja upada, bo silni liderzy polityczni zarzucili praktykowaną dawniej wzajemną tolerancję wobec przeciwników politycznych i powściągliwość w korzystaniu z pełnych uprawnień, jakie daje sprawowanie władzy. Dla Larrego Diamonda – powodem globalnej recesji demokratycznej jest osłabienie Zachodu i kryzys amerykańskiego przywództwa, a także ekspansja modeli autorytarnych i korupcji politycznej.
Nie trzeba chyba dodawać, że większość wymienionych autorów, zapewne nieprzypadkowo legitymujących się pierwszorzędnym pochodzeniem, podziela zdanie Francisa Fukuyamy z książki Liberalizm i jego rozczarowania, że liberalnej demokracji grozi przede wszystkim nacjonalistyczny populizm, a powodem jej kryzysu jest wypaczenie zasad liberalnych, nie zaś ich nieuchronne bankructwo. Wszystkiemu winni są więc populiści, a skąd bierze się ich popularność? Ano – jak twierdzą Pippa Norris i Ronald Inglehart – jest to nic innego jak reakcja rozmaitych grup społecznych na sekularyzację, emancypację kobiet, wielokulturowość i osłabienie tradycyjnych hierarchii. Z kolei Roger Eatwell i Matthew Goodwin upatrują jej przyczyn także w destrukcji tradycyjnych tożsamości, jak również w ekonomicznym wykluczeniu i osłabieniu więzi między obywatelami a głównymi partiami.
Długa jest lista tych, którzy o całe zło oskarżają skrajną polaryzację, w ramach której społeczeństwo zostaje podzielone na dwa wzajemnie wykluczające się obozy. Według Milana W. Svolika, to właśnie ona skłania zwolenników danej partii do tolerancji wobec naruszania zasad demokratycznych przez jej polityków. Jedynie nieliczni skupiają się na zjawiskach takich jak wyprowadzenie rzeczywistych decyzji z instytucji konstytucyjnych do zamkniętych kręgów polityków, elit gospodarczych i specjalistów od komunikacji (jak Colin Crouch, autor Postdemokracji) czy zanik zakorzenienia społecznego partii politycznych, które stają się częścią aparatu państwowego (Peter Mair), albo fragmentacji sfery publicznej i zaniku kontaktu obywateli z argumentami strony przeciwnej (Cass R. Sunstein).
Nie kryzys, lecz konsekwencja
Uczestnicy tej debaty patrzą na świat przez okulary lewicowego paradygmatu, zgodnie z którym system polityczny działa dobrze, dopóki pozwala sprawować rządy siłom „demokratycznym” – czytaj: lewicowym. Umyka im natomiast, jak się wydaje, dwoista natura kryzysu współczesnej demokracji, w ramach którego ścierają się ze sobą dwie skrajne tendencje – z pozoru sprzeczne, ale tworzące dwa nurty tej samej rzeki.
Z jednej strony mamy do czynienia z rosnącym nadmiarem demokracji – czego przejawem jest dochodząca do absurdu demokratyzacja wszystkich obszarów i aspektów życia człowieka, nie tylko polityki, ale i szkoły, rodziny, kultury, sportu, a nawet… żywności. Z drugiej strony współczesny świat cierpi na jej deficyt, bo maleje poczucie wpływu obywateli na bieg spraw w ich państwach, co wiąże się z likwidacją choćby pozorów realnego znaczenia demokratycznego „suwerena”. Dokonuje się ona nie tyle przez otwarte zerwanie z dotychczasowymi regułami demoliberalnego państwa, co raczej przez ich obchodzenie, stosowanie by‑passów takich jak na przykład rządy sędziów, rozszerzanie kompetencji ciał powoływanych bez kontroli społecznej, jak Komisja Europejska, wreszcie poddanie obywateli coraz ściślejszej kontroli, jaką umożliwia rozwój technologii cyfrowych.
Problem lewicowych elit polega na tym, że nie chcą przyznać oczywistej skuteczności reżimów autokratycznych. Podczas gdy państwo rządzone przez mniej lub bardziej sprawny aparat rządowy kontrolowany przez jednego lidera (najlepiej niepodlegającego zasadzie kadencyjności) konsekwentnie realizuje założony program będący wynikową osobistych preferencji autokraty, jego wizji „racji stanu” i interesów wspierających go możnych, to państwa demokratyczne pogrążone są w niekończącej się kampanii wyborczej, w której walka międzypartyjna i konieczność wyeliminowania konkurentów do władzy pochłania niemal sto procent energii i uwagi polityków, zarówno rządzących, jak i aspirujących do władzy, przesłaniając w ten sposób sprawy fundamentalne dla państwa, ale nieznajdujące się w kręgu zainteresowania ludu. Zjawisko to łagodzić miały rozmaite hamulce konstytucyjne, „apolityczny” aparat urzędniczy czy wreszcie funkcjonowanie deep state realizującego strategię państwową niezależnie od zmian władzy, jednak ich rozrost powoduje oczywiste pytania o jawność władzy i mechanizmy jej kontroli.
Kontrola ta zawsze miała dość wątłe podstawy, bo samo istnienie samoregulującej się i autonomicznej „opinii publicznej” opartej na niezależnych mediach należy uznać za wątpliwe, jako że wszystkie media – prywatne czy publiczne – zawsze były, są i będą od kogoś zależne. Niemniej można założyć, że przynajmniej do jakiegoś czasu istniał pewien etos „dziennikarskiego obiektywizmu”, który nakazywał przynajmniej pozorować niezależność od partyjnych preferencji.
Jeśli istniał, to już go nie ma. Media weszły bowiem w fazę całkowitego zakwestionowania pojęcia prawdy – pojawiło się wręcz pojęcie postprawdy, czyli sytuacji, w której emocje, przekonania i wrażenia wywierają ważniejszy wpływ na debatę publiczną niż dowody i fakty. Do tego dochodzi responsywność i „bańkowość” internetu, umożliwiająca totalną kontrolę i tresurę odbiorcy, co sprawia, że zamiast informowania wyborców o realizacji programów wyborczych przez polityków mamy do czynienia z globalnym zarządzaniem masowymi emocjami. Nic nie powstrzyma procesu wymykania się elit politycznych społecznej kontroli – co samo w sobie nie byłoby tak groźne, gdyby nie fakt, że dokonuje się ono, jak już wspomniano, przy jednoczesnej eskalacji demokratycznej ideologii.
Demokratyzacja totalna
Demokracja nie jest systemem władzy, który raz stworzony trwa. Tego nie gwarantuje nawet jedynowładztwo, w którym punkt ciężkości jest położony na porządek społeczny, trwałość i ciągłość instytucji politycznych, a w szczególności na stabilność władzy. I tak przecież liczne monarchie podlegały na przestrzeni wieków, a nawet dziesięcioleci, istotnym przemianom. Tym bardziej demokracja, w tym także liberalna – w której podmiotem nie jest państwo i władza mająca cieszyć się fundamentalnymi przymiotami decydującymi o jej jakości, ale wciąż na nowo rodzący się i umierający suweren o milionach głów – musi ulegać ciągłym zmianom. Demokracja jest więc nie tyle ładem, co zmianą, nie tyle systemem, co procesem.
W tym kontekście proces „demokratyzacji”, czyli egalitaryzacji nie tylko sfery publicznej, ale i przenoszenia równościowych zasad z porządku politycznego na wszystkie obszary aktywności społeczeństwa nie jest bynajmniej żadnym wypadkiem przy pracy, ale jedyną logiczną konsekwencją istnienia demokracji – głęboko zaszytą w demokratycznym DNA.
Powtarza się często jakże słuszną maksymę Ojca Świętego Jana Pawła II, że demokracja bez wartości (w domyśle chrześcijańskich) prędzej czy później musi zamienić się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm. Problem w tym, że choć nowoczesna zachodnia demokracja – u statu nascendi sprzeczna z chrześcijańską teologią polityczną i z całą zaciekłością ją zwalczająca – w „wieku dojrzałym” pozornie dawała się ująć w karby tradycyjnych reguł społecznych i dostosowywała do elementów ancien regime konserwowanych przez wciąż jeszcze w jakimś stopniu chrześcijańskie wspólnoty polityczne, to „na starość” już otwarcie powraca do rewolucyjnych źródeł, które ją wydały. Tak więc stwierdzenie papieża‑Polaka należałoby skorygować: każda demokracja ulega tendencji przemiany w totalitaryzm. Nie jest wolna od tego również współczesna liberalna demokracja, w której ideał wolności na naszych oczach ostatecznie przegrywa z postulatem równości.
Egalitaryzm, czyli dążenie do zniesienia trwałych różnic statusu, władzy i własności, jako pewien instynkt, u którego podstaw leżą negatywne emocje zazdrości i zawiści, istnieje od samego zarania dziejów ludzkości. W sensie politycznym zaistniał jednak dopiero w demokracji ateńskiej, która uznawała równość obywateli wciąż stanowiących – co warto przypomnieć – wąską liczebnie grupę pośród wszystkich mieszkańców miasta‑państwa, a i tu równość ich ograniczała się wyłącznie do uznania wspólnych praw politycznych. Przejawy egalitaryzmu dostrzegamy w średniowiecznych herezjach, ale dopiero skrajne odłamy ruchów reformacyjnych sformułowały postulaty zrównania politycznego i ekonomicznego, podchwytywane później przez racjonalistyczne utopie „oświecenia”, którego myśl wcieliła w życie ostatecznie rewolucja francuska – zbrodnia założycielska współczesnej demokracji.
Śmiercionośne równanie
Pomimo bankructwa dwudziestowiecznych totalitaryzmów „prawdziwi demokraci” wciąż dążą nie tylko do formalnej równości praw, lecz także do faktycznej identyczności statusu życia wszystkich ludzi – postulują usunięcie wszelkich różnic między nimi, nie tylko ekonomicznych czy społecznych, ale także wynikających z talentów, uzdolnień, poziomu intelektualnego, gustu estetycznego czy walorów moralnych i duchowych.
Niektórzy z nich, jak radykalni ekologiści, postępują w egalitarnym szale jeszcze dalej, dążąc do zrównania nie tylko wszystkich ludzi, ale również organizmów żywych, a nawet – przyrody nieożywionej. Mieliśmy już do czynienia z przyznaniem praw człowieka zwierzętom, a nawet rzekom. Z kolei wielbiciele cyberpostępu już postulują humanizację sztucznej inteligencji, a wyznawcy biotechnofuturyzmu – daleko posuniętą modyfikację ludzkiego organizmu połączoną z jego klonowaniem, co musi doprowadzić do dylematów rodem z opowiadania Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? Philipa K. Dicka. Czy prawa człowieka rozszerzone zostaną na klony, więcej – na rozmaite urządzenia gospodarstwa domowego, wyposażone w sztuczną inteligencję?
Jak zauważył jeszcze w XIX stuleciu polski konserwatysta Paweł Popiel w eseju Choroba wieku, atomistyczne przekonanie, że społeczeństwo to sztucznie powstały produkt woli i racjonalnej umowy, obejmowało w zarodzie wszystkie praktyczne błędy, przez które świat od lat stu przechodzi. Nie wyprowadziło od razu wszystkich logicznych ze swej zasady następstw, ale ponieważ ludzkość jest nieubłaganie konsekwentną, więc z wolna, z czasem, jeżeli błąd ukochała, wszystkie jego skutki przyjąć i odcierpieć musi.
I właśnie ta konsekwencja fałszywej idei musi wcześniej czy później doprowadzić demokrację do ostatecznego krachu.
Piotr Doerre – historyk, dziennikarz i publicysta katolicki. Monarchista. Członek zarządu Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi.